Pół roku temu zaczęliśmy się ubiegać o moją zieloną kartę. Proces kosztował sporo wysiłku, gdyż zdecydowaliśmy się wszystko zrobić bez prawników. Zgromadzenie dokumentów było czasochłonne, tym bardziej, że musiałam wykonać dodatkowe szczepienia, testy na parę chorób infekcyjnych i oczywiście informacje finansowe. W tamtym miesiącu pojechaliśmy do Memphis na końcową rozmowę, która poszła bez problemu, choć pan zadawał dużo szczegółowych pytań dotyczących historii naszego związku, prosił o zdjęcia, dowody wspólnej własności finansowej i kilka dokumentów. Zieloną kartę dostałam pocztą tydzień później wraz z informacjami o moich nowych obowiązkach i przywilejach oraz gratulacjami!
To już trzecie państwo, które nazywam domem. Mam nadzieję, że tym razem zostaniemy tu na dobre, gdyż przeprowadzki są jednak męczące, a póki co bardzo podoba mi się w USA. Jednak każda taka przeprowadzka jest wspaniałą przygodą i pewnym szokiem kulturowym, który pomaga mi nabrać większej perspektywy do własnego życia i życia innych. Bardzo dużo się uczę przez podróże, ale pódróże wakacyjne, podczas których powierzchownie pozna sie miejsce i może porozmawia z kilkoma lokalnymi ludźmi, definitywnie nie są tym samym co podróże do danego miejsca na kilka lat. Takie dramatycznie zmieniają nasze życie i powodują konflikty ze starymi zwyczajami, które nagle trzeba zmienić. Wiele lat temu przyjaciel Gatida, powiedział mi, ze podróże rozszerzaja horyzonty i na zawsze zmieniaja czlowieka i praktycznie zalecil mi to jako recepte na zycie. Jesli ktos z Was zna Gatide, wiecie jak przekonujaco moze on argumentowac
. Dzis rozumiem co mial na mysli i jestem mu wdzieczna za dorade.
Do UK przyjechałam z dwiema walizkami z Polski i, szczególnie pierwsze parę lat żyłam tam naprawdę skromnie, dzieląc apartamenty czy budynki z dziwakami, a czasem bardzo interesującymi ludźmi z różnych miejsc na świecie, nawiązując bardzo cenne przyjaźnie, a przy tym ograniczając posiadane rzeczy do minimum i uczac sie mowic, snic i myslec w nowym jezyku. Do USA przyjechałam już z mężem i troszkę większą ilością rzeczy, ale ciągle zostawiłam za sobą wiele pamiątek, rzeczy używanych przez lata, nawet takich bardziej drogocennych – cokolwiek co wydawało się zbędne. Na Południu czekał nas też spory szok kulturowy… Obydwoje musieliśmy pożegnać się na jakiś czas z ważnymi dla nas ludzmi, rzeczami czy zajęciami. Lokalni ludzie maja nieznana mi mentalność, której nie doświadczylam choć przez lata mieszkałam w niezwykle kosmopolitarnym miasteczku w UK, Oxfordzie. Musiałam wraz z mężem totalnie zmienić styl życia, obowiązki i oczekiwania. Zajęło nam to około pół roku, które było dla nas obojga dość trudne a czasem bolesne (oczywiście też mieliśmy mnóstwo szczęśliwych chwil!), choć przecież mąż jest rodzonym Amerykaninem (oczywiście jednak z północy USA). Okazuje sie jednak, ze zdolność człowieka do adaptacji jest większa niż myślimy.
Jednak nie każdy tak mnie widzi. Ostatnio ktoś mi powiedział na forum dyskusyjnym, na którym poruszyliśmy ciekawy problem moralności w waisznawiźmie, że czasem po moich postach wydaje się, że żyję w wirtualnym świecie. Nie obraziłam się oczywiście, ale bardzo zdziwił mnie ten komentarz, tym bardziej że sama staram się nie używać podobnych argumentów ad hominem podczas dyskusji. Czego nauczył mnie mój troche ‘cygański’, czy wędrowniczy styl życia to fakt, że nie powinniśmy oceniać ludzi na podstawie własnych projekcji i niekompletnych danych.
Ludzie ciągle mnie zaskakują – na szczęście zwykle pozytywnie – gdyż charakter osoby okazuje się bardziej kompleksowy i dynamiczny niż początkowo oczekujemy, w szczególności właśnie gdy mamy do czynienia z osobami z innych kultur.
Zachęcam więc wszystkich czytelników do podróżowania!
Bon voyage!
Gratulacje
:):)